Czy piwo jopejskie mogłoby promować polską kulturę piwną?

Zbliża się to, co od dawna było zapowiadane – na rynku pojawi się pierwsza komercyjna interpretacja piwa jopejskiego. Coś co wydawało się od dawna jako utopijne, ze względu na wysokie koszty produkcji, w końcu stanie się faktem. Dokonał tego Browar Olimp – kontraktowiec z Torunia, który wypuszcza w rynek bardzo ciekawy impuls.

Jest to naprawdę bezprecedensowe osiągnięcie w historii współczesnego polskiego piwowarstwa i generalnie z takiego przełomowego momentu można się raczej cieszyć. Otóż piwo jopejskie to wytwarzany od XV wieku w Gdańsku syrop piwny, który charakteryzował się bardzo wysokim ekstraktem początkowym (w zakresie 45-55 BLG). Jego wyznacznikiem była również fermentacja spontaniczna, która powodowała, iż do „boju” wkraczały dzikie drożdże oraz przeróżne mikroorganizmy dostające się do brzeczki z powietrza.

Do tej pory o jopejskim w ostatnich latach można było usłyszeć za sprawą piwowarów domowych, którzy takie wyzwanie podjęli – najsłynniejsze były warki Arkadiusza Wenty z Alebrowaru oraz Kamila Prystapczuka autora bloga alechanted.pl.

Wojna o jopenbier

Jak się okazało, nie wszyscy z takiego obrotu spraw są zadowoleni i pojawiła się wyraźna krytyka działań Olimpu. Johannes Herberg, gdańszczanin pochodzenia niemieckiego i piwowar browaru PG4 wyraźnie skrytykował autentyczność najnowszej premiery toruńskiego browaru. Link do artykułu znajdziecie tutaj.

Moją uwagę szczególnie przykuły poniższe zdania:

– Ale jak to?! Danizger Jopenbier z Torunia?! – załamuje ręce Johannes. – Nie może tak być. To powinna być marka zastrzeżona dla Gdańska!

Herberg mówi, że kluczowe są w produkcji specjalne mikroorganizmy. Nie chce powiedzieć, jakie. To jego tajemnica. Woda, cukier i drożdże to normalka, ale znalezienie tych a nie innych mikroorganizmów, które nadają jopejskiemu oryginalny smak, zajęło mu lata eksperymentów i poszukiwań. […] Oni nie mogli znaleźć tego, co ja, to nieprawdopodobne! Mam wiedzę, mam doświadczenie, mam oryginalny przepis. Jak już będę miał legalizację, to nazwę gdańskie piwo “Jopenbier Das Original”. Bo oryginał jest tylko jeden.

Tłumaczy mi (po polsku i angielsku), że szukał oryginalnej receptury po bibliotekach i browarach Europy. W końcu ją znalazł, ale nie powie gdzie, bo boi się, że ktoś inny też na nią trafi. Nie zdradzi mi też oczywiście technologii.

Generalnie cały ten artykuł i wypowiedzi Pana Herberga krążą niebezpiecznie blisko granic absurdu. Pierwsze co mnie ewidentnie poruszyło to twierdzenie, że  tylko on wie jak zrobić Jopena, według pradawnej receptury z pomocą specjalnie odszukanych i przez lata wyizolowywanych mikroorganizmów. Po czymś takim nasuwa mi się na język tylko staropolskie „Ja pierdolę”.  Jakby jeszcze tego było mało, to nie podzieli się recepturą i technologią, więc nie będzie miał argumentów by swoich słów udowodnić.

Kolejna kontrowersyjna kwestia to zastrzeżenie nazwy tylko i wyłącznie dla Gdańska. Z jednej strony to bzdura, bo dlaczego nazewnictwo stylu ma być ograniczone i zarezerwowane dla konkretnego miasta. To tak jakby pils mógł być produkowany tylko w Pilznie, portery bałtyckie  w krajach nadbałtyckich, a Kölsch tylko…oh wait.

Regionalizacja jako element promocji kultury

Ten właśnie styl pochodzący z Kolonii tutaj jest przykładem, który akurat pokazuje drugą stronę medalu w tej kwestii. Kölsch został z resztą wspomniany również w artykule jako wzór przez Johannesa (nic dziwnego, jakby nie było jest Niemcem). W 1985 roku browary usytuowane w tym jednym z największych miast naszych zachodnich sąsiadów zdecydowały podpisać się Konwencję Kolońską, która regulowała wszelkie aspekty produkcji i wykorzystania Kölscha. Następnie w 1997 roku została ona ratyfikowana przez Unię Europejską, nadając w ten sposób Kölschowi ochronę jego nazwy oraz autentyczności na jej terenie. Po więcej szczegółów w tym temacie zapraszam do wpisu Maćka Husa, który znajdziecie tutaj.

I co to wszystko dało – choć piwo „w stylu kolońskim” warzone jest w wielu miejscach na świecie, to regionalizacja (w tym przypadku również rezerwacja nazwy) tego piwnego stylu odcisnęła swoje piętno w kulturze piwnej Niemiec. Choć to akurat przypadek dosyć radykalny, to nie jest uosobiony, bo ewidentnie kojarzone z regionami są jeszcze: bliźniaczy Alt, Dortmunder, Berliner Weisse czy nawet Hefeweizen – o tym nie bez przyczyny mówi się jako piwie pszenicznym w stylu bawarskim.

W Niemczech przez wieki udało się wypracować w ten sposób pewną część fundamentu ich obecnej bogatej i znanej na świecie piwnej kultury. Dlatego jeżeli razem z rezerwacją jopejskiego dla Gdańska miałaby iść jego promocja oraz budowa świadomości wśród współczesnych piwoszy, to nie miałbym nic przeciwko. Samej rezerwacji nazwy bo „Hurr durr! Danziger Jopenbier Original tylko z Gdańska i basta!” mówię zdecydowane nie.

Co z tą Polską?

W przeciwieństwie do Niemiec nie możemy się pochwalić tak bogatą piwną tradycją i kulturą. Na pewno jesteśmy kojarzeni z dobrych Porterów Bałtyckich (które tak do końca polskiego rodowodu nie mają). Ostatni Baltic Porter Day pokazał dosyć wyraźnie, że ten styl ma się świetnie jak na nasze warunki. Kolejnym stylem jest Grodziskie, które tak łatwo już nie ma. Choć prawdopodobnie jest to piwo warzone z najdłuższą tradycją na naszych ziemiach (z przerwą kilkunastoletnią po zmianie ustroju), to trudno mówić o zakorzenionej w świadomości Polaków miłości do wędzonego pszeniczniaka z Wielkopolski. Narzekania browarów na słabą sprzedaż piw w tym stylu również o tym świadczą.

Wracając do jopejskiego – była to tradycja Gdańska. Czas przeszły jest tutaj uzasadniony, a biorąc pod uwagę fakt, że przez wieki miasto to nie należało do naszego państwa, można się poważnie sprzeczać czy faktycznie powinno się przypisywać ten styl jako polski. Na dodatek trudno mówić obecnie o żywej tradycji piwa jopejskiego. Jednakże skoro dzisiaj Gdańsk leży w granicach naszego kraju, to dlaczego tego w żaden sposób nie wykorzystać?

Problem właśnie w tym, że obecny wpływ Gdańska na promocję Jopenbiera kończy się na przepychankach Pana Herberga z Głównym Urzędem Miar. Mało tego – toruński Browar Olimp robiąc premierę swojego piwa właśnie w Gdańsku, wykonuje póki co większy krok w stronę jego popularyzacji niż właśnie Gdańsk. Problemem jest to, że obecnie to historyczna ciekawostka, która doczekała się kilku interpretacji, w tym pierwszej komercyjnej. Ciągła tradycja niewątpliwie ma ogromny wpływ na kształtowanie się kultury w społeczeństwie, ale ta też nie tworzy się z dnia na dzień. W tym właśnie widzę największy problem – że jeszcze wiele wody musi w Wiśle upłynąć, zanim można będzie mówić o piwie jopejskim w kategorii tradycji Gdańska, a co dopiero w skali kraju.

Choć swoimi wypowiedziami Johannes Herberg zraził pewnie wielu, to ja osobiście trzymam kciuki by warzenie jopejskiego w browarze PG4 stało się procederem stałym. Może z tego wytworzy się pewna turystyczna ciekawostka, która urośnie z biegiem czasu do rangi tradycyjnego, lokalnego produktu. Niemniej Pan Herberg na pewno przez długi jeszcze czas o regulacji tego stylu na wzór Kölscha będzie mógł tylko pomarzyć.

Polub i udostępnij: