Czy gorycz w piwie przechodzi powoli do lamusa?

Wyrazisty smak, to jeden z głównych atrybutów Piwnej Rewolucji. To coś, czym piwowarstwo rzemieślnicze zaczęło odróżniać się od ciągle dominującej na światowych rynkach nijakości. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech smakowych jest niewątpliwie goryczka – można wręcz stwierdzić, że ona napędziła w dużej mierze niemal wszystko co z kraftem związane. Tak było od samego początku, ale teraz…

No właśnie – mamy 2017 rok, od początku Piwnej Rewolucji w Polsce zdążyło już trochę wody upłynąć. Czasy się zmieniają, gusta również a samo piwowarstwo także stale ewoluuje. Przez te lata mieliśmy okazje wiele razy raczyć swoje podniebienia potężną dawką goryczy. No i właśnie – określenie ‚gorycz’ zawarte w tytule nie jest oczywiście przypadkowe. Od jakiegoś czasu ciągle klaruje się trend na tworzenie piw gdzie nie sypie się znacznych ilości chmielu do gotowanego kotła.

Oczywiście nie twierdzę, że goryczka w piwie staje się niepożądana bo to oczywiście absurd. Ona kształtowała i wyróżniała kraft więc raczej nigdy się to nie zmieni. Niemniej widoczne są już nie od wczoraj nadchodzące z zachodu tendencje – najpierw w odstawkę poszedł karmel, a teraz często goryczkę stawia się raczej na drugim planie.

IBU – ktoś jeszcze na to zwraca uwagę?

Na początku był Atak Chmielu, potem Rowing Jack, a jeszcze później to właśnie AleBrowar wprowadził pojęcie Hop Head do polskiej kraftowej społeczności. Choć sama idea nawiązuje całościowo do smaków oraz aromatów, które amerykański chmiel wprowadził na piwnym rynku, to jednak najbardziej z wszystkich cech wyróżniła się jego gorzka strona. „Ale srogo nachmielili!” Ile razy słyszeliście to określenie w stosunku do wysokiej goryczki? No właśnie.

Doszło przez to do tego, iż wielu zafascynowanych (będącym ciągle w powijakach) piwowarstwem rzemieślniczym zaczęło poszukiwać ciągle to bardziej goryczkowych piw. Kopyr z Widawą wypuścili legendarnego Sharka, sam z resztą nie ukrywał, iż jest wielbicielem goryczki. Ludzie zaczęli się edukować i poznawać właściwości chmielu, ale też to co było często brane pod uwagę jeśli chodzi o wybór piw to wartość IBU – jedna z największych ściem w polskim krafcie.

Powszechnie stosowana jednostka goryczki kryje jednak pod sobą wiele wątpliwości. Pierwszą z nich to sama zgodność podawanej wartości – istnieją wprawdzie kalkulatory, które to liczą ale ich wynik rzadko jest zgody z prawdą. By ją poznać należało skierować piwo do laboratorium, na co nie każde browary było stać. Z tego też względu wiele browarów przestało podawać IBU na etykietach, bo jest ono najbardziej łakomym kąskiem dla IJHARSu.

Do tego dany stopień goryczki np. 100 IBU w każdym piwie może dawać różne jej odczucie. W piwach mocniejszych i o większym ekstrakcie np. w RISie taka wartość będzie wyraźna, ale nie dominująca. Stoi to w znacznym przeciwieństwie do takiego APA, gdzie będzie to sroga porcja drażniąca podniebienie. I właśnie dlatego czas zweryfikował wiarę w IBU i naprawdę mało kto już sugeruje się tym parametrem przy wyborze piwa. Również ciągle rozwijające się wykorzystanie chmielu w piwowarstwie utrwaliło w świadomości beergeeków właściwe znaczenie chmielowości piwa – jako kompozycje goryczki, smaku oraz aromatu.

Juicy is the new Hoppy

IPA od zawsze była synonimem goryczy. Ten najbardziej popularny w kraftowym świcie styl, który doczekał się wiele interpretacji ciągle jest najlepiej sprzedającą się marką Piwnej Rewoulcji. Niemniej odkąd powstało pierwsze New England IPA czyli Heady Tooper z browaru The Alchemist, pojawiło się inne wyobrażenie na temat IPA. Ten nowy styl rozwijał się bardzo dynamicznie i obecnie głównymi jego cechami są: intensywny owocowy aromat, soczysta faktura, wyraźna mętność oraz uwaga: niska i krótka goryczka. Hurr durr! Mało goryczkowe IPA robio! No skandal po prostu.

NEIPA bądź nazywana również Vermont czy North East IPA, zyskała w stanach sporą popularność, którą można od jakiegoś czasu zauważyć również w Polsce. Jest to wyjątkowo udany twór w kontekście atrakcyjności dla konsumenta, bo również z potencjałem na dotarcie do szerszej grupy odbiorców. Niska goryczka oraz soczystość zmieniło IPĘ w bardzo pijalny i otwarty dla mniej wyrafinowanych wielbicieli piwa. Pod względem marketingowym okazał się też niczego sobie – ostatnio nawet naszym słynnym rodzimym Grand Championiem zostało piwo właśnie w tym stylu, co nie ukrywajmy jest również istotne właśnie pod względem marketingu oraz sprzedaży.

Pomijając już samo NEIPA, to widoczny jest generalnie zwiększony popyt na piwa owocowe/z dodatkiem owoców. Wprawdzie generalnie piwa takie nowością nie są, bo zest czy pulpy to już dłuższa historia w krafcie, to jednak to co dotychczas było dodatkiem, obecnie bywa przesuwane na pierwszy plan. Raduga wypuszcza od jakiegoś czasu piwa, które już są bardzo mocno zbliżone do soków, gdzie akcenty słodowe i goryczkowe są jedynie zaznaczone w tle. Tak było z Last Summer czyli Mango Wheat czy z Circus Grapefruit Juicy AIPA.

Bardzo dużą popularnością cieszą się również wszelakie owocowe kasy, które również nastawione są by być wyraźnie juicy. Znacie takie Mango Mango Mango od szwedzkiego Dugges Bryggeri? Kwaśny soczek z mango, który w upalny dzień chce się aż bestialsko wychylić z butli na hejnał. Dostępne również u nas, warto się przekonać bo wrażenie robi piorunujące.

#teamSłodyczka on top

Co wspólnie charakteryzuje wszelkie znane i doceniane pozycje zagraniczne oprócz tego, że są po prostu bardzo dobre i często leżakowane są w beczkach? Większość tych piw jest zdecydowanie słodka. Mocno palone i zarazem bardziej goryczkowe RISy nie mają obecnie najlepszego czasu. Piwa takie jak Even More Jesus od Evil Twin, niemal wszystko mocniejsze od Omnipollo czy wypusty De Molena atakują słodyczą wysokiego ekstraktu, nie rzadko podbitą efektem dojrzewania w beczce po Bourbonie czy winie. Tym bardziej, że moda na piwa Barrel Aged nie słabnie a wręcz przeciwnie – stale rośnie i nie widać na horyzoncie by to się wkrótce zmieniło. Wiele z tych piw to już nie są zamulające ulepki, których nie da się wypić więcej jak dwa łyki. To naprawdę zbalansowane, ale jednak z wyraźną słodyczą piwa.

Coraz więcej popularności oraz zastosowania w piwie zyskuje również laktoza, niegdyś zarezerwowana dla milk stouta. Jej dodatek nie tyle co zwiększa samą słodycz w piwie, ale ma również wpływ na jego fakturę oraz odczucie w ustach. Dzięki niej powstała kolejna wariacja na temat IPA czyli Milkshake IPA. Charakteryzuje się gładką fakturą i słodyczą, podobnie jak z resztą NEIPA. W Polsce takimi piwami mogły pochwalić się m. in. Piwne Podziemie z ich Strawberry Milkshake IPA, Pracownia Piwa swoimi Sadami Modliniczki czy teraz AleBrowar ze swoją świeżą premierą Shake the World.

No to jak to w końcu jest?

Jak widzicie widoczne na rynku zjawiska dążą do zwiększenia roli słodyczy oraz soczystości kosztem goryczki. Po tym jakie są reakcje konsumentów widać, że temat się przyjął i stale się rozwija. Czy zatem kroi się kres srogo goryczkowych piw? Wg mnie tutaj będzie tak samo jak z każdą inną modą – najpierw przeminie, a potem wróci w takiej samej lub podobnej formie. Wiadomo też, że gusta ludzi się zmieniają, ale rzadko też ze skrajności w skrajność – ja osobiście cały czas lubię wypić dobre West Coast IPA, ale też takim NEIPA zdecydowanie nie pogardzę. Dobrze też, że poprzez tego typu piwa, stworzyła się kolejna brama na tzw. entry level dla osób, które z kraftem się dopiero zapoznają. Nie każdy musi być rzucony od razu na głęboką wodę, a wielu z nas gdy zaczynało nie miało za bardzo innej możliwości.

Polub i udostępnij: