Miętowe Niepasteryzowane z browaru Edi

Po ostatniej potyczce z browarem Koreb i ich ekhm…American IPA czas na kolejny ciężki (ale na szczęście ostatni) bój. Jest to spotkanie z kolejną legendą, która nie zapowiada wcale łatwiejszego przebiegu degustacji. Tym razem pochyliłem się nad Miętowym Niepasteryzowanym z browaru Edi.

Browar Edi z miejscowości Nowa Wieś pod Wschową, to drugi obok Koreba browar o wyjątkowo złej reputacji. Ich piwa są uważane za tak złe, że wiele osób (w tym ja) zastanawia się jakim cudem oni utrzymują się na rynku. Będąc przy stoisku Ediego nie zdecydowałem się na legendarne „Niefiltrowane”, bo gęstwa drożdżowa w tych piwach zazwyczaj zajmuje przynajmniej 1/3 zawartości butelki. Jednak skusiłem się na równie znane Miętowe Niepasteryzowane, które pod wieloma względami na wstępie pokazuje, iż nie może być dobrze.

Pierwsze co to informacje na etykiecie. Znajdują się tam takie ciekawe informacje jak: „Podawać mocno schłodzone” oraz „Przechowywać w lodówce, najlepiej w temperaturze 0 stopni”. Już na wstępie nam browar informuje, że jak już pić to na granicy wyczuwalności smaku, którą gwarantuje tak niska temperatura.

Skład jest równie ciekawy: woda, słód jęczmienny, chmiel, drożdże piwowarskie, syrop miętowy, syrop glukozowo-fruktozowy, woda (po raz drugi ?), cukier, naturalny aromat miętowy oraz barwniki: E102, E131. Po czymś takim w mych oczach urosła jakość wielu tanich piw koncernowych, serio. Co również ciekawe, pod miejscem przeznaczonym na datę tej daty po prostu nie ma.

Przejdźmy już do najważniejszego czyli do masochistycznego aktu degustacji. Po otwarciu butelki pojawił się delikatny gushing – piwo próbowało powoli uciec z butelki, a przelewając do szkła pojawiła się błyskawicznie ogromna czapa piany. Piękny jasno-zielony kolor piwa oraz pełna klarowność przypomniały mi lekcje chemii z liceum i zabawy z papierkami lakmusowymi – tam niektóre specyfiki w których te papierki maczaliśmy wyglądały podobnie.

Nad aromatem nie ma co się rozwodzić bo dominuje tu miętowy Ludwik. Jest to strasznie sztuczny zapach przykrywający wszystko co miał do przykrycia. Ale może to i dobrze…

Po pierwszym łyku od razu nasunęło mi się porównanie do Koreba – tam zapach był gorszy od smaku, tutaj jednak mamy sytuację odwrotną. Z takim nienaturalnym i niepiwnym smakiem w piwie nigdy się nie spotkałem. Jest ono okropnie słodkie, a zarazem wodniste. Mięta daje tak niesamowitą sztucznotą oraz przykrywa ona jakiekolwiek nuty słodowe. Homepoatyczna goryczka oczywiście do najprzyjemniejszych również nie należy. W smaku Koreba można było chociaż odnaleźć akcenty piwa, poprzez tę okropną lagerową podbudowę. Jednakże ten paskudny napój z piwem ma naprawdę niewiele wspólnego.

Dobra, przekonałem się na własnej skórze jak bardzo zły jest wypust Ediego. Kolejny raz opinia browaru wyklętego została potwierdzona. To jest naprawdę bardzo przykre, że czymś takim raczy się swoich klientów, którzy jacyś jednak są. I do tego w jakiej cenie! Lista lepszych piw do kupienia za 6 zł byłaby naprawdę długa. A kończąc już tę smutną przygodę podsumuje to krótko – warto było pochylić się nad tymi nieporozumieniami polskiego piwowarstwa, by takie właśnie wpisy były dla kogoś przestrogą. Dzięki temu może ktoś zaoszczędzi czasu, pieniędzy, a przede wszystkim smakowych doznań.

Polub i udostępnij:
  • A co myślisz o dokonaniach Browaru Staropolskiego :)? Nie piłem nic z Ediego ani Koreba (ale zamierzam, chcę to poczuć na własnej skórze) i dla mnie w klasyfikacji Straszne G… przodują na razie trunki od BS.

    • Staropolski też nie przoduje w mojej klasyfikacji wartościowych browarów niemniej zdarzają się piwa, które idzie wypić np. Whisky Stout był ponoć całkiem okej (akurat jego nie piłem).

      Koreb i Edi to browary, które sprzedają ludziom niepijalne trunki. Staropolski jednak stawiam wyżej.