Anagram od Omnipollo & Dugges Bryggeri

To była jedna tych okazji, w których nie było czasu na zastanawianie się. Zagraniczna pozycja, która często znika z półek szybciej niż na niej się pojawia. Legenda też głosi, że któremuś sklepowi zalegała na stanie. Całkiem przypadkowo i niespodziewanie trafiła się okazja by się zmierzyć z Anagramem od szwedzkiego Omnipollo i Dugges Bryggeri.

Ten gorąco poszukiwany i często zachwalany przykład wybitnego piwa określany jest jako Blueberry Cheesecake Stout. Każdego, kto nigdy nie słyszał o cukierniczych zapędach Omnipollo takie nazewnictwo stylu wprawia w osłupienie. Bo jak to tak? Piwo o smaku sernika jagodowego?! Prawdziwie piwo to ma smakować jak piwo, być złote, konkretnie nagazowane…tja.

Pozycja ta wzbudza często kontrowersje wśród wielbiących Ducha Kraftu ze względu na stosowane w nim aromaty naturalne. Z drugiej strony, bojówka browaru argumentuje, że skoro ich piwa są wyśmienite, a mało kto umie z aromatów zrobić pożytek, to należy to docenić. Sam osobiście jestem bardziej po tej drugiej stronie, a akurat z Anagramem miałem pierwszy raz do czynienia. Czy się obronił?

Na etykiecie mamy niewiele informacji. Wiemy właściwie tyle, że ma 12% zawartości alkoholu oraz że zawiera aromaty naturalne. Data „Best before” była na kapslu, ale zapomniałem ją odnotować. Zaraz po otwarciu uniósł się delikatny zapach jagód. Choć raczej powiedziałbym, że kojarzy mi się ten aromat z jogurtem jagodowym – taki słodki, delikatnie nabiałowy. Można oczywiście porównać to do sernika, choć z mi osobiście już przy pierwszym podejściu do głowy przyszedł właśnie jogurt. Po nalaniu do szkła, wszystko zdecydowanie stało się intensywniejsze – oprócz jagód doszła deserowa czekolada, kakao, a także delikatnie alkoholowa nuta.

Teraz chciałbym jasno i wyraźnie podkreślić – Omnipollo umią w aromaty! I to trzeba im oddać, bo ta pozycja tylko to potwierdza. Mimo, iż aromat sernikowo-jagodowo-jogurtowy nie jest w żaden sposób naturalnie kojarzony z piwem, to jego intensywność nie jest ani przesadzona, ani nie daje w żadnym wypadku sztucznością. Zrobili to tak, jakby faktycznie wrzucili kilogramy sernika na zimno (he he). Śmiało można też powiedzieć, że aromat jest świetnie zbalansowany ze słodowym charakterem piwa bazowego.

Pierwszy łyk i od razu uderzenie gęstej, czekoladowej bomby. Bardzo wyraźna słodycz deserowej czekolady jest przeważająca w smaku, sernikowo-owocowych akcentów niemal nie czuć w tym wszystkim. I według mnie bardzo dobrze, bo jednak mocno zachowany został charakter typowego słodkiego RISa, który w kolejnym aspekcie nie uderza sztucznością. Faktura Anagramu jest oleista, likierowa, ciała posiada naprawdę sporo.

Piwo należy zdecydowanie do tych degustacyjnych, co sączy się je powoli i rozkoszuje smakiem. Biorąc pod uwagę, iż było próbowane w temperaturze pokojowej, to trudno od tak potężnego (mniemam) ekstraktu oraz woltażu oczekiwać wysokiej pijalności. Obecny w nim alkohol nie był nieprzyjemny, ale jednak wyczuwalny i rozgrzewający przełyk. Nie muszę raczej wyraźnie zaznaczać, iż miłośnicy #teamSłodyczka będą w siódmym niebie, choć goryczki Anagramowi również nie brakuje.

No dobra, tylko czy piwo zrobiło na mnie jakieś kolosalne wrażenie? Nie wyrwało mnie z butów, może miałem jakieś wygórowane oczekiwania co do niego. Jednak ciągle za wiele rzeczy to piwo oraz browary, które je uwarzyły mogę docenić. Przede wszystkim za wyborną podstawę, czyli słodkiego i mega czekoladowego Imperialnego Stouta. Po drugie – za kunszt piwowarski, który jest wzmocniony umiejętnością stosowania aromatów. Dał on taki nadzwyczajny produkt, sprawiający wrażenie naturalnego i nieprzesadzonego. Dzięki temu w żaden sposób nie uderzył mnie faktem użycia „wzmacniaczy”. Bo skoro piwo jest dobre i oryginalne, to zwyczajnie – who cares?

Polub i udostępnij: